Latus

Full Version: Karczma "Pod Srebrnołuskim Wężem"
You're currently viewing a stripped down version of our content. View the full version with proper formatting.
Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Wzruszyłem ramionami, po czym wstałem i poszedłem za Laruisem.
Orzełek, pff też coś. - rozmyślałem zachmurzony - Ale to tylko zwykły człowiek z Titanium, nie można od niego zbyt wiele oczekiwać.
Laruis zaprowadził cię w zamyśleniu do dzielnicy mieszkalnej.

Dalej

Marvil

Gdy już cała kompania znała się z imienia, mimo iż Laruis był temu przeciwny, wymusiliście, aby przedstawił wam swój plan już teraz. John nie brał udziału w dyskusji, a Laruis ignorował go kiedy tylko mógł.
-Wbrew pozorom walka ze smokiem, dobra walka ze smokiem jest krótka. Problemy zaczną się wtedy, gdy coś pójdzie bardzo nie po naszej myśli... Na początek, gdy już znajdziemy smoka, łucznicy i magowie muszą niepostrzeżenie dostać się na jego prawicę, lewicę, tyły a jeden na front. Wasze zadanie to dystrakcja. Jeżeli zaatakujecie ze wszystkich stron (ten co ma magię stacjonarną będzie musiał odwracać uwagę własnym ciałem) smok powinien na tyle zgłupieć, abym ja mógł do niego podejść i zabić go jednym ciosem. Orzełku - celuj w oczy, jeżeli ci się uda, ja mogę wykorzystać ten element zaskoczenia. Gorzej jak nie zdążę, a smok wpadnie w furię... ale o tym nie myśl. A jeżeli z jakiegoś względu ten plan się nie uda - przede wszystkim nie panikujcie. Spokojnie wyjdźcie z ukrycia i modląc się w duchu pokażcie na co was stać. Jakieś pytania? - zakończył pytaniem Laruis.
- Wydaje się proste, zbyt proste. Jeśli chodzi o mnie to możemy robić zapasy i dziś już wyruszać. Nic mnie nie zatrzymuje w tym miejscu. - powiedziałem do towarzyszy.
O bogowie co ja wyprawiam?! Przecież to będzie smok. Wielka groźna kupa mięcha, która zieje ogniem i bogowie tylko wiedzą co jeszcze potrafi. - przemknęło mi przez głowę. - Przynajmniej będzie niezła przygoda. Spróbowałem się pocieszyć, ale nie wiele to pomogło.
-Ubicie smoka jest proste. To ludzie zawodzą... - odparł posępnie Laruis. Zostaliście jeszcze w karczmie cały dzień, gdyż niektórzy musieli kupić prowiant i napełnić bukłaki. Dostałeś własny, żebyś mógł pić kiedy zechcesz. Poza tym, należało poczynić ostatnie przygotowania. W międzyczasie przechadzałeś się bez celu poznając lepiej Laruisa lub Johna, zależnie od tego z kim i gdzie się wybierałeś. John kupił przy tobie strzały, z czego dwie ci oddał, Laruisa przyłapałeś na kupnie sztyletu i różnych przedmiotów przydatnych w podróży. W końcu nastał wieczór.
-No więc ruszajmy. - rzekł Daled.
-Pierwszy przystanek przyjdzie prędko... - rzucił Laruis po czym wyszliście z karzmy, następnie z miasta.


Dalej
Yatou w swym szarawo zielonym stoju wślizgnęła się do karczmy. Miała za sobą spory kawał drogi, który pokonała z pewnym trudem. Była głodna. NAPRAWDĘ głodna. Ssało ją od środka już od ponad godziny.
Gdy zobaczyła miasto natychmiast skierowała się w jego stronę. Karczmę znalazła już po chwili i oto była. Nieco brudna i głodna. Ale była. Rozejrzała się szybko dookoła i skierowała się w kierunku lady.
Karczmarz spojrzał na ciebie i uśmiechnął się ciepło. Był to człowiek w średnim wieku, a cechowały go przede wszystkim ogromny brzuch i krzaczasty wąs.
-W czym mogę panience pomóc? - spytał.
- Jeść. - Poinformowała krótko, kładąc przed karczmarzem 6 sztuk złota. Niechętnie rozstawała się z pieniędzmi, ale jeść trzeba.
- Coś ciepłego, jeśli można. - Dodała po krótkim namyśle, gdy brzuch zaczął swoją cichą symfonie burknięć. Stanęła prosto w oczekiwaniu na posiłek. Na samą myśl, że może coś włożyć do ust, uśmiechała się lekko.
Karczmarz z nieco mieszanymi uczuciami przyjął pieniądze, a po krótkim oczekiwaniu otrzymałaś swój posiłek. Kawał upieczonego mięcha z ziemniakami nie był niczym wyjątkowym, jednak w twoim stanie wręcz powalał na kolana zapachem i wyglądem. Gospodarz wskazał ci uprzejmie wolny stolik.
Kiwnęła z wdzięcznością głową i szybko podeszła do stolika z posiłkiem. Najpierw ściągnęła swój płaszcz i zawiesiła go na oparciu krzesła, poczym usiadła i zaczęła jeść. Każdy kęs był niczym ambrozja i delicje. Rozkoszowała się tym, póki to miała. Czuła, jak żołądek powoli się jej napełnia ciepłą strawą. Gdy skończyła, odsunęła od siebie puste naczynie i odchyliła się nieco do tyłu, patrząc na sufit. Wiedziała, że będzie musiała sobie zadać to ważne pytanie: co teraz?
Znalazła miasto i coś do jedzenia. – Co teraz? – Mruknęła cicho do siebie i automatycznie zaczęła stukać cicho palcami o stolik przy którym siedziała.
Karczma raczej nie była źródłem natchnienia - ot, zwykła pijalnia i jadłodajnia. Nagle jednak usłyszałaś dyskusję toczącą się przy stoliku nieopodal twojego. Dotyczyła ona dekanów. Rozmawiających było czterech, jednak tylko jeden z nich miał nieco przychylniejsze zdanie o tej rasie. Choć starał się jak mógł aby ochronić dekan przed niesłusznymi według niego oskarżeniami szybko zostawał przytłoczony krzykami znajomych. Usłyszałaś, że dekani to dzikie zwierzęta, sprawcy wszystkich problemów, które należy wybić do nogi.
Skrzywiła się, słysząc rozmowę z stolika obok. „Dzikie zwierzęta”, a jakże inaczej…
Wstała szybko, zarzuciła pośpiesznie płaszcz i podeszła i szybko zlustrowała ich. W końcu zwróciła się do tego, który próbował bronić Dekanów.
- Czemu bronisz Dekanów? – Spytała, robiąc dość zaciętą minę. Jej wyraz twarzy można by wziąć zarówno jak i za grymas złości, tak i za pogardliwy półuśmieszek.
-No, no, chwilę, czterech na jednego to już zbyt wiele! - powiedział zmieszany mężczyzna. - A odpowiadając na twoje pytanie: uważam, że w każdej rasie mogą znaleźć się osobnicy inteligentni, jak i zaślepieni rządzą krwi. Moje zdanie jest takie, że powinno dać się im szansę... - dalsza odpowiedź została zagłuszona przez sprzeciwiające się okrzyki pozostałych.
Z początku mówiła cicho, lecz pod wpływem złości jej głos stawał się bardziej słyszalny i gniewny.
– Przecież dekani to zwierzęta! – Co po części chyba jest prawdą, jak by się tak zastanowić… Przeszło jej przez myśl.
– Dzikie zwierzęta! Brudzą i zabijają niewinnych ludzi! Głupi zmiennokształtni! – Warczała mrużąc oczy. Z wielką chęcią wydrapałaby im oczy. – Po co dawać nam jakąkolwiek szanse? Przecież nas nienawidzicie, mimo iż nic wam nie zrobiliśmy! – Forma, w jakiej wymówiła swoją przemowę wiele o niej powiedziała. Miała zamiar jeszcze coś dodać, ale ugryzła się szybko w język. Bez słowa poprawiła pelerynę i odwróciła się powoli na pięcie, by wyruszyć szybko w kierunku drzwi.
Zostawiłaś rozmówców w wielce mieszanych nastrojach, jednak nikt cię nie zatrzymywał uznawszy twoje wyznanie za bardzo kiepski żart. Kiedy byłaś już na zewnątrz, zastanawiając się co robić dalej, podszedł do ciebie obrońca dekanów.
-Wiesz młoda, większość uznała to za bardzo kiepski żart... Moim zdaniem, takie wyznanie może kiedyś znacznie skrócić twoje życie, trzymaj raczej język za zębami, na przyszłość... - powiedział. Po tych słowach stał koło ciebie, wpatrując się jednak w dal. Ręce trzymał w kieszeniach.
- Bardzo bym chciała... - Mruknęła w odpowiedzi, ganiąc się za swój długi język w myślach.
- A ty kto? - Zapytała podejrzliwie. - Co z ciebie taki bojownik o wolność ras?
Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Reference URL's