Spojrzałem mu prosto w oczy. Gdy dojrzałem odbicie mojego wzroku, uśmiechnąłem się lekko. Można tak nazwać to drgnięcie kącików warg. Obserwowałem przez chwilkę działania Ilsidy.
-Asów... Nie, nie jestem sam. Ma ze mną wyruszyć także pewna kobieta. Ruszamy na bagna. -przerwałem. Niemal było słychać przez chwilę, jak trybiki w moim mózgu pracują. Nie byłem pewien czy ten ktoś wyruszy ze mną, jeśli podam mu prawdziwy powód wyprawy. Mogłem powiedzieć na przykład, że mapę znalazłem przy zwłokach bandytów i, że wskazuje grotę z łupami szajki. Ale po co? Zależy tylko od osoby przede mną. Czy jest istotą odważną (hardcore'm ;p).
-Znalazłem pewną skrzynkę. Szkatuła, o której mowa, była zdobiona niewątpliwie znakami zrabowanego złotnika. Wewnątrz leżała mapa, prowadząca na bagna. Sądzę, że bandyci, którzy napadli złotnika, posiadają więcej łupów. Możliwe też, że nadal napadają i, że jest za nich wyznaczona nagroda. Więc?
Bandyci? Bagna? Czy na taką przygodę jestem gotowy? Nic tylko sprawdzić. Uśmiechnąłem się i powiedziałem zdecydowanie:
-Zgodzę się na tę wyprawę.- Lecz nagle przypomniało mi się że chcę zdobyć trochę pieniędzy. Muszę mieć jakąś stawkę podstawową. -Ale stawiam jeden warunek. Zapewne gdy coś znajdziemy będzie dzielone na trzech, lecz jeżeli nic nie znajdziemy dajesz mi 50sztuk złota gdyż za darmo tam nie pójdę. Więc?- Rozglądnąłem się po sali by zobaczyć czy jest w pobliżu ta dziewczyna, o której mówił Garet.
Wzruszyłem ramionami.
-W porządku.
Kasę zawsze się załatwi. Pójdzie się na bazar i znajdzie się "sponsora". Rozejrzałem się po tawernie w poszukiwaniu nielichego mieszka, aż proszącego się o ucięcie od pasa właściciela. Przypomniała mi się także owa dziewczyna, którą poznałem wczoraj. Wyciągnąłem dziennik, pióro i kałamarz. Zrobiłem taką samą tabelkę o Ilsidzie jaką zrobiłem o Finei. Uzupełniłem tabelę wiadomościami, które znałem o płomiennowłosym towarzyszu, kreśląc obok coś ala płomień. Zamknąłem kajecik, zatkałem atrament. Schowawszy wszystko do torby stwierdziłem:
-Jak znajdziemy ową towarzyszkę, skoczę jeszcze tylko na targ i możemy ruszać.
Garet nigdzie nie widział odpowiedniego mieszka, wszystkie były już opróżnione, lub też właśnie traciły na objętości. Kobieta, której szukaliście wzrokiem (jedyna poza kelnerkami zresztą) właśnie schodziła ze schodów, przeciągając się. U jej pasa niezmiennie wisiały 2 kabury z rewolwerami. Zauważywszy Gareta dziewczyna o kruczoczarnych włosach przysiadła się do was, rzucając znanemu jej mężczyźnie pytanie:
- Co to za panna? - wskazała na "czerwonego" maga w gorsecie.
-Kurtyzana z pobliskiego domu schadzek. A tak poważnie to nasz drużynowy mag. Ilsida, Finea. Skoro się poznaliście, to możemy coś zamówić? -zapytałem. Już zacząłem odczuwać skutki porannego niedoboru białka i magnezu.
-Co chcecie? -z doskonale zamaskowanym głodem w oczach podniosłem się z krzesła, kierując pytanie do kobiety lekkich obyczajów i kruczowłosego, uzbrojonego w obfity przedni balast dziewczęcia.
Czemu oni wszyscy się mnie czepiają? Gdy Garet przedstawił mnie Finei powiedziałem:
-Miło cie poznać.- Zwracając się do Gareta. -Stawiasz?- Zaśmiałem się pod nosem po czym zacząłem pstrykać palcami.
-Chciałbyś... -zmrużyłem oczy.
-Już dostatecznie dużo spotkałem na teraźniejszy miesiąc sępów, by karmić innych.
Po tych słowach podszedłem do Lamberta, podając dłoń na powitanie.
-Dla mnie śniadanie. I... -tu przyciszyłem głos. -...daj mu coś mocniejszego do jedzenia. -wskazałem na Ilsidę. -Będzie zabawa...
Wróciłem na swoje miejsce, rozsiadając się wygodnie.
Z lekkim zawodem podszedłem do Gareta gdy ten coś mówił do karczmarza i powiedziałem:
-Przyjdę za jakiś czas w to miejsce. Do tego czasu mam nadzieje, że będziesz wystarczająco gotowy.- I dopasiony. Pomyślałem po czym znów zaśmiałem się po cichu. -Do zobaczenia.- Po tych słowach kierowałem się do wyjścia nie wiedząc dokładnie gdzie dalej iść.
Widząc wychodzącego Ilsidę Lambert, który już miał szykować jedzenie zatrzymał się i spojrzał pytająco na Gareta. Finea, rozbawiona sytuacją i komentarzami wojownika, pozostała przy stole. Postanowiła zamówić coś na własną rękę u przechodzącej kelnerki. Patrzyła ciekawie na Ilsidę, jednak jeszcze zanim wyszedł rzuciła do niego:
- Gdzie się wybierasz, lotosku? Bo jeżeli po nowy strój, może jednak wolałbyś zostać tutaj... rozumiesz... Już lepiej ja pójdę po ubranie dla ciebie... Zwłaszcza, że potem będziesz widziany z nami... - ostatnie zdanie wymówiła ciszej, Garet jednak mógł je usłyszeć.
Machnąłem już ręką ze zrezygnowaniem.
-Eee... Poszedł sobie. Zawsze w razie czego mogę mu pożyczyć płaszcz...
Rozejrzałem się po karczmie. Tak, jak miało być. Skoczę później na bazar w poszukiwaniu pożywienia. Słyszałem też kiedyś, że w Midon alchemicy tworzą niezły napój dla podróżników. "Znika zmęczenie!" powiadali. Trzeba sprawdzić.
-W Midon o wiele dziwniejsze jednostki nocowały. -stwierdziłem, z niecierpliwością czekając na śniadanie.
Słowa, które wypowiedziała Finea w moją stronę poddenerwowały mnie. Nie lubię gdy ktoś mi coś wytyka, a tym bardziej gdy robi to monotonnie. Jeżeli ta kobieta jeszcze raz wspomni coś o moim ubiorze nie opanuje się i jej tak wygarnę, że połknie sobie język. Muszę się trochę uspokoić jeżeli mam z nimi wyruszyć. Po wyjściu z Karczmy kierowałem się w stronę bramy zachodniej by rozejrzeć się po okolicy gdzie mógłbym usiąść na sianie i w spokoju odpocząć przed podróżą i zjeść.
Garet:
Zarówno tobie jak i towarzyszce podano po chwili półmisek z gorącym mięsem i ziemniakami. Lambert stwierdził, że przed podróżą musicie sporo zjeść.
Ilsida:
Wychodząc z karczmy, zauważyłeś, że skupiasz na sobie uwagę klientów, a wiele z rzucanych ci spojrzeń kończyło się ukrytym w dłoni parsknięciem śmiechu.
Dalej
//A Finea o Twoich ciuchach napomknęła głośno pierwszy raz ;]//
Pochłonąwszy szybko i kulturalnie posiłek, umówiłem się z Fineą w tym miejscu w południe, po czym ruszyłem w kierunku bazaru. Będąc w potrzebie, jak to zwykle w takich wypadkach czynię, nie zważałem na ludzi po drodze. Omijałem tylko lotosów by nie wyjść na rasistę.
Finea przytaknęła ci kończąc powoli swój posiłek. Sam, bez przeszkód dotarłeś na skraj targowiska.
Dalej
Sillia
Mimo wczesnej pory w karczmie panował półmrok. Chmura dymu, pochodzącego z fajek klientów skutecznie utrudniała ci oddychanie. Pomijając jednak zaduch, pijane istoty i kilku mężczyzn rozwiązujących swe problemy w kącie, za pomocą pięści, było tu całkiem przytulnie.
//zakładam, że nie używasz swoich zdolności, jak chcesz cały czas łazić z uszami i ogonem "na wierzchu" to napisz, że się przemieniasz w następnym poście ;]//
Żebym nie musiała wdychać tego okropnego zapachu dymu z fajek klientów czym prędzej coś zjem. Zjadłszy swój posiłek zauważyłam, że okropny zapach który mi przeszkadzał przy wejściu stał się dla mnie niemal niewyczuwalny. Zapewne przyzwyczaiłam się do tego zapachu. Postanowiłam jeszcze tu zostać i posiedzieć w miejscu. Następnie udałam się w jakieś zaciszne miejsce aby chwilę pomedytować.