Nakreśliłem cienką otoczkę wokół okolicy mostu. Zatkałem korkiem karafkę z atramentem chowając ją wraz z piórem do torby. Przez chwilkę studiowałem mapę oglądając okolice Midon, dojście do bagien oraz drogę do mostu Hardussa, którą po chwili także zwinąłem. Rozejrzałem się ponownie. Znalazłem wzrokiem osobę najbardziej wyglądającą na czarodzieja i podszedłem do jej stolika mówiąc:
-Można?
Nie czekając na odpowiedź przysunąłem krzesło dosiadając się do stołu.
//jakby twój kuzyn nie chciał zabijać uczciwych ludzi to byś miał za chwilę maga tutaj ;]//
Do bagien szło się całkiem na południe od Midon, droga nie wyglądała na skomplikowaną, jednak nie prowadził tam żaden trakt. Do mostu z łatwością mogłeś dojść idąc wzdłuż rzeki. Zagadnięty mężczyzna spokojnie odparł:
-W czym problem?
Wyciągnąłem dłoń mówiąc:
-Garet Jax. Mam pewną propozycję. Wybieram się w niebezpieczną podróż, więc potrzebuję kompana. Wyprawa ta będzie opłacalna. Mimo, że wyruszam dopiero za kilka dni teraz już pytam ludzi o tą podróż. Czy byłby pan zainteresowany?
Podczas mówienia cały czas badałem wzrokiem mężczyznę w celu zorientowania się w jego magicznych, złodziejskich oraz bitewnych zdolnościach.
Mężczyzna wyglądał przeciętnie, na pewno nie widziałeś w nim siły fizycznej. Jego niezdarne ruchy dały ci do zrozumienia, iż złodziej też z niego żaden. Na twoje pytanie odpowiedział:
-Niebezpieczeństwo? To nie dla mnie. Strachliwy człowiek ze mnie, a zdolności magiczne bardzo nikłe. Jestem szewcem, cóż szewc może się przydać na takiej wyprawie? Dlatego ja pańskim kompanem nie zostanę. - mówił flegmatycznie, czasem się zająknął.
No masz... pomyślałem. Podrapałem się po głowie. Szewc mi nie potrzebny, chyba że buty mi się rozwalą. Nie na smoka, a na dekana się wybieram.
-A to nic już... Jakby miał pan jakie zlecenie to będę tu za kilka dni.
To wypowiedziawszy podniosłem się z miejsca. Zamyśliłem się na chwilkę. No to teraz... Ruszyłem ku drzwiom karczmy kierując się do Mostu Hardussa.
Nieznajomy pożegnał cię. Gdy byłeś już przy wyjściu zatrzymał cię głos karczmarza:
-Garet, może spędzisz jeszcze jedną noc tutaj? Na mój koszt. O ile wiem na tego stwora i tak nikt inny się nie wybiera, więc zlecenie nie powinno uciec. A my sobie pogawędzimy o starych czasach! Co ty na to?
Zatrzymałem się myśląc chwilkę. Niedługo zapadnie zmrok. Karczmarz ma rację. Na pewno nikt jeszcze nie ubije tego dekana. A karczmarz... jak on miał na imię? Zmarszczyłem czoło. Po chwili moją twarz rozjaśnił uśmiech zadowolenia. Lambert! Tak ma na imię... Odwróciłem się kiwając głową.
-Jak zwykle w tego typu sprawach masz rację. Tylko nie wiem czy to nie przez czysty przypadek...
Podszedłem do kontuaru przysuwając krzesło.
-Pamiętasz może Lambert naszą pierwszą wspólną wyprawę? Kiedy ty, wtedy jeszcze parobek u Tannotów, zaczepiłeś mnie na bazarze, kiedy próbowałem podwędzić komuś mieszek...
Lambert zaśmiał się.
-Wziąłem cię za prostego złodziejaszka i chciałem ci przeszkodzić. Do dziś bolą mnie niektóre stawy! Ale niedługo potem przy jeziorze uratowałeś mi życie, nigdy ci tego nie zapomnę. Wtedy postanowiłem wyruszyć z tobą, "tylko na jedną wyprawę", jak sobie obiecywałem... Przypomnij mi, na co to mieliśmy wtedy zlecenie?
Wzdrygnąłem się. Tamto skrzydlate "coś" niedawno mi się śniło. Jednak we dwóch ledwo daliśmy radę.
-Pamiętam, że miejscowi nazywali to Avarielem... Mówili, że to jakiś lotos albo dekan. Jednak było za szybkie na dekana i zbyt dobrze władało mieczem na lotosa. Umiało przybierać do tego wygląd i umiejętności przeciwnika. Pamiętasz, jak spotkaliśmy to nad rzeką? Mieliśmy wielkie szczęście wtedy... W tamtym czasie byłeś ode mnie lepszy w walce. Jednak kiedy zranił cię w bok i wrzucił do rzeki, zostałem sam. Nie dawał mi szansy do ataku, a ty ledwo wyszedłeś na drugi brzeg... Co dziwne gdy zranił mnie w ramię i zakląłem, ten przestał na chwilę atakować i zasłonił uszy rękoma. Wtedy udało mi się go przebić...
-Tak, to zdarzenie do dziś mnie zastanawia. Co spowodowało tak dziwne zachowanie tej istoty? Chyba nigdy się nie dowiemy. Ale jeszcze bardziej interesująca była nasza druga wyprawa! Pamiętasz? Jeden oszalały dekan w lesie... a było ich ilu? Setka? I wszyscy się na nas rzucili gdy tylko zabiłem pierwszego z łuku. Ledwo uszliśmy z życiem... - rozmówca zasępił się lekko.
-Haha! I pamiętam jak później pół nocy w karczmie buty czyściliśmy z ich odchodów... Choć najpierw trzeba było opatrzyć rany. Karczmarz miał do nas pretensje, że mu gości odstraszamy. Ale zaraz... Wtedy to przecież pogubiliśmy te potężne miecze i łuki, które znaleźliśmy przy tym "Avarielu". Takie dobre bronie. Ech... A po jakimś czasie jeden gościu wrobił nas w "Wielką i Epicką Wyprawę". Taa... Mieliśmy tylko przerzucić gnój na jego podwórku by mieć na nocleg, a tu odkopaliśmy jakiś grobowiec! Przypominasz sobie co w nim było? Pamiętam tylko, że twoja żona dostała na zaręczyny jeden z pierścieni z tej krypty...
-O tak, w grobowcu smacznie sobie spał jakiś dawny lord wraz z pokaźną częścią swojego majątku... Szkoda, że większość przepadła, kiedy nas okradli. Ci bandyci muszą się teraz pławić w luksusach... To co nam zostało nie było wiele warte, ale wystarczyło na kilka noclegów. No i został ten pierścionek... - uśmiechnął się. - To był klucz do jej serca. Nie mówię oczywiście, że tak bardzo ceni złoto, ależ skąd. To był po prostu ostatni element dopełniający całości, wisienka na torcie. - przez chwilę zagubił się w swoich radosnych wspomnieniach. Kiedy znów duchem był z tobą, zapytał:
-A pamiętasz naszą ostatnią wspólną wyprawę? - Jego głos był nieco posępny, a mówiąc to pokazał ci, w celu przypomnienia, trzy kikuty w miejscu palców lewej dłoni. Pozostał mu tylko kciuk i palec wskazujący.
-Chociaż usilnie się starałem, nie zdołałem usunąć tego z pamięci... -powiedziałem. Dobrze, za dobrze pamiętałem. Napatoczyliśmy się na jakieś ukryte miasteczko lotosów w chwili, gdy siepacze władcy Titanium wycinali je w pień. Wcięliśmy się w napaść zabijając w obronie miejscowych lotosów ludzi. Wtedy wypadły z lasu jeszcze trzy grupy kończąc dzieło swych poprzedników i zabierając nas do Titanium. Tam w lochu długo nas torturowali w celu ujawnieniu tajnego wejścia do Hausken. Wyciągnęli z nas tylko to, że przejście zostało zawalone.
-Przypomnisz mi może jak uciekliśmy z Titanium?
-Z pomocą magii! Pomógł nam potężny lotos ukrywający się w Titanium. Tak się złożyło, że pochodził z tej zmasakrowanej wioski. Szkoda, że swój czyn przypłacił życiem. Ale nie ma co żałować tego, co w przeszłości, musimy żyć dalej radośnie w imię tych, co zginęli. Przepraszam na chwilkę. - Karczmarz zajął się klientką, zamawiającą pokój. Jedyne co ci przyszło do głowy patrząc na nią to to, że była szpetna. Twój przyjaciel powrócił do rozmowy:
-A tamten lotos miał wydawałoby się banalną magię ziemi... jednak takie rzeczy z nią wyprawiał... W życiu bym nie pomyślał! A opowiedz mi o jakiejś ciekawej przygodzie, którą miałeś po naszym rozstaniu, coś, czego jeszcze mi nie opowiadałeś, z chęcią posłucham czegoś nowego.
-Czego jeszcze nie słyszałeś... -powiedziałem w zadumie. Podrapałem się po głowie.
-To może wyprawa do ruin... z dwa miesiące temu... Siedziałem sobie spokojnie w Hausken popijając piwo, a tu jakiś magik podchodzi i coś zaczyna truć o Runach Życia, że niby to takie kamyki z uwięzionymi w środku duszami i że niby te Runy są na wieży w ruinach koło Titanium. Więc dałem się skusić na łatwy zarobek, bowiem tamten chudzielec płacił 2 tysiące złota i jedną czwartą z góry. Wzięliśmy jeszcze takiego ogromnego barbarzyńce, który chyba się nie mył od urodzenia i dziwnego gościa. Całkiem dobrze szył z łuku. Po zaułkach chodziły plotki, że musiał uciekać z miasta, że to jakiś świr obdzierający ze skóry swoje ofiary. I nie chodzi mi tu o jakieś wilki, czy co. Ludzi zabijał. Ale naszego zleceniodawce to nie zraziło i wspaniała czwórka została dopełniona. Po drodze nic się nie działo prócz ataku kilku bandytów i dekanów. Jak byliśmy w gruzach fortecy chuderlak się zaczął przemieniać. Zmienił się w takie wielkie pająkopodobne coś i chciał nas zabić. Więc ja, ten barbarzyńca i morderca. Zwialiśmy do wieży. Na wejściu przywitała nas dziura w podeście, w którą z rozpędu powpadaliśmy. Po miłym i kilkumetrowym locie znaleźliśmy się w jakimś laboratorium. A dokładnie to barbarzyńca wpadł na kolce. Ja z tym świrem przeszukaliśmy dokładnie salę. Znaleźliśmy kilka drogich eliksirów i komponentów, ale ja wkręciłem tamtemu, że to słaba wódka była z zapleśniałym żarciem. W akcie zemsty roznieśliśmy pomieszczenie w powietrze korzystając z jakiegoś ognia alchemicznego, kilka razy mocniejszego od prochu. Gdy byliśmy na zewnątrz znów pojawił się chuderlak. Trochę poskakał, pomachał kijem, popluł się i znów zmienił się w tego niby pająka. Jak się na niego świr rzucił gdy mu zabrakło strzał, to chudzielec go pożarł w całości. Myślał, że ja sobie uciekłem, więc się odmienił. Rzuciłem w niego jakimś kamieniem, to się popłakał i uciekając, wpadł do tej dziury w wieży nabijając się na kolce. Ździebko zdziwiony wróciłem do Hausken. Opchnąłem te śmiecie z ruin innemu alchemikowi, także chudzielcowi z lagą, noszoną by pewnie psy odganiać, jak go nimi poszczują. A szczują pewnie często. Mając pełną kabzę wyruszyłem do Titanium. Tam się wkręciłem do elit. Resztę znasz: żona kupca i takie tam. Coś ciekawego się działo przez ten czas w mieście?