Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
Karczmarz na twe słowa także spoważniał.
- To nie jest robota, do której możesz żądać zaliczki. Jeśli zginiesz gdzieś w lesie, złoto przepadnie... Ale nie sądzisz chyba, że ja cię oszukam? Jeśli wrócisz z głową tego potwora dostaniesz swoje złoto.
Zasępiła się - czuła, że się nie zgodzi, ale musiała spróbować. Gdyby tylko dostała zaliczkę, zmyłaby się z miasta z pieniędzmi... Rantus musiał się tego domyślać.
Kiwnęła głową.
- Rozumiem. Zacznę od razu. Jakieś ślady oprócz tego lasu? Ktoś, coś widział, ktoś, coś wie? - spytała.
Rantus zamyślił się. Po chwili odparł lakonicznie:
- Być może... Stary Ultar twierdzi, iż przeżył spotkanie z nim... ale to szaleniec... nikt mu nie wierzy. Ja także nie polecam go jako źródło informacji. Jest teraz w karczmie, siedzi tam w kącie, jeśli nadal chcesz zadać mu jakieś pytania.
Spojrzała za siebie na wskazanego mężczyznę. Przyglądnęła się mu dogłębnie, szczególną uwagę zwróciła na ewentualne blizny i dawne rany. Jeśli nic takiego by nie odnalazła, nie miała powodu by z nim rozmawiać. Wyszła z takiego założenia, że jeśli faktycznie przeżyłby walkę z tym dekanem, musiałby albo uciec i zostać zraniony, albo go zabić. W pierwszym przypadku zobaczyłaby blizny, w drugim: nie polowałaby na dekana.
Mężczyzna, na którego patrzyłaś wyglądał staro, choć na pewno był młodszy niż wskazywał jego wygląd - albo dekan musiałby być bardzo wolny. Wychudzony człowiek o całkowicie łysej głowie miał znak szczególny, który cię zainteresował - jego twarz szpecił spora blizna. Cięcie prowadziło od lewego ucha do prawego kącika warg. Patrzył dokoła bystro swymi zielonymi oczami.
Mirabelle odbiła się od szynku i powędrowała w jego kierunku. Bez pytania odsunęła krzesło przy jego stoliku, po czym usiadła z nim vis-a-vis. Uśmiechnęła się do niego delikatnie.
- Przyłszam porozmawiać o dekanie - miała nadzieję, że zrozumie o którego dekana jej konkretnie chodzi. Nie znała nawet jego imienia, wyglądu, czy choćby koloru włosów.
Ultar spojrzał na ciebie nieprzytomnie i przez moment zamiast coś odpowiedzieć chwiał się na boki. W końcu wydusił z siebie:
- Ty także przybyłaśże by nie wierzyć w co ja mówię... - głos miał zachrypnięty, a jego słowa nie układały się w specjalnie składne zdania.
- To zależy co masz do powiedzenia. Mam zabić tego dekana i potrzebuję Twojej pomocy. Powiedz mi wszystko co sobie o nim przypominasz - mówiła łagodnie, delikatnie się uśmiechając.
"Muszę się pospieszyć... kiedy w końcu do tego faceta dotrze, że nie mam zamiaru iść na górę, może zrobić się nie przyjemnie..." Zaraz po tej myśli przemknęła jej przez głowę seria możliwych scenariuszy - żaden nie napawał optymizmem.
Mężczyzna mówił szybko, brakowało mu uprzedniej lakoniczności:
- Włochaty, silny, pazury! Wielgachne bystyja. Rogi i paszcza jak u krokodyla! Twardy jako skałolica! Biada ci! Nie idź w las nocą! Nie używaj silnych perfum! Te go zwabią! Miecz twój nic nie wskóra!
Oczy rozszerzyły mu się znacznie, z każdym wyrzuconym z siebie słowem nachylał się w twoim kierunku. Kiedy skończył zaczął znów chwiać się na boki powtarzając coś pod nosem.
Uniosła delikatnie brew do góry. No cóż, jeśli mówił prawdę, to już wie jak go zwabić. Wystarczą silne perfumy, a tego z uprzedniej kariery ma w nadmiarze.
- Dzięki, tyle wystarczy - uśmiechnęła się, po czym wstała i podeszła jeszcze raz do karczmarza.
- Którędy do tego lasu?
- Mowa o Lidarze, a gdzie dokładnie tego nie wiem. Wyjdź przed bramę miasta i praktycznie już jesteś w lesie... Potem polecam iść w gęstwinę. To znaczy nie polecam tam iść, no ale jeżeli chcesz zapolować na tego dekana to nie masz wyjścia... - rzekł posępnie karczmarz. - Obyś to przeżyła. - dodał ciszej.
- Nie mam dużego wyboru, a nie chcę wracać do tego co było - uśmiechnęła się do niego - jeszcze tu wrócę, muszę w końcu zabrać pieniądze, wtedy się zobaczymy.
Odbiła się od szynku i pomaszerowała w stronę drzwi, aby później udać się do jednej z bram prowadzących do lasu.
Karczmarz rzucił jeszcze coś w rodzaju "powodzenia" i wrócił do swojej roboty jak gdyby nic się nie stało. Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, więc choć wciąż było jasno wysokie budynki rzucały długie cienie. Bez problemu dotarłaś do bramy.
Dalej
Mirabelle
Kiedy weszłaś do pomieszczenia zrobiło ci się przyjemnie ciepło. Karczmarz spojrzał na ciebie z szokowany, a z jego oczu mogłaś wyczytać trzy pytania: "już?", "zabiłaś go?", "jak to możliwe?". Jednak po ułamku sekundy rozgryzł już twój szybki powrót, a pomogło mu w tym ukradkowe spojrzenie w okno.
- Więc co, jutro? - zapytał.
- Oj, nie będę się po nocy włóczyła za jakimś głupim lotosem - powiedziała zgryźliwie, łatwo jednak dało się wyczytać prawdziwy powód jej szybkiego powrotu. Bała się, najnormalniej bała się iść w nocy do lasu! Odetchnęła i powiedziała dalej, ale spokojniej, nawet się do niego uśmiechnęła.
- Tak, jutro. Masz wolny pokój? Zapłacę.
- Dekanem. - poprawił cię odruchowo. - Zresztą to żadna różnica. Albo właściwie jest różnica! Lotosi nadają się na niewolników. Całkiem przydatni bywają. Dekani to zwierzęta, tak. - mówił właściwie bardziej do siebie niż do ciebie, ale to był jeden z jego zwyczajów.
- Oh nie, nie przejmuj się, przenocuj za darmo, tu masz klucz, pokój numer 11, pierwsze piętro. - zwrócił się ciepło, tym razem już do ciebie.
Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12