Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
- Ehh... No dobra... - Powiedział i wręczył gospodarzowi pięć sztuk. - Słucham... - Powiedział beztrosko. Tego najbardziej nienawidził u ludzi. Chciwe dranie...
Karczmarz uśmiechnął się, ten jednak jego uśmiech wydał ci się nad wyraz parszywy.
- Karawana kupiecka rusza do Midon jutrzejszego wieczora, siedem wozów, trochę straży, za mało moim zdaniem, z tymi wybierać się nie polecam, bo wiozą dużo złota, a to ściąga bandytów... - mrugnął porozumiewawczo, jakby znał twoje prawdziwe zamiary. Otrzymane pieniądze szybko schował do kieszeni, bawiąc się nimi.
Vergil wysłuchał dokładnie kiedy ma wyruszyć karawana. Zdziwił się nieco o wzmiance o bandytach i porozumiewawczym mrugnięciu okiem. - Czyżby wiedział ? - Spytał siebie w myślach. - Nie... Na pewno nie... - Stwierdził. - Nie masz jakiegoś zadania ? - Spytał. - Coś w stylu zły potwór atakuje wioskę... - Wytłumaczył szybko coraz bardziej się niecierpliwiąc. Ten koleś działał mu na nerwy.
Karczmarz zastanawiał się przez chwilę, po czym rzekł:
- Pewna malutka osada, ludzka oczywiście, na północ stąd oferuje 50 sztuk złota za zabicie jakiegoś cholernego dekana czy innego parszywego stwora... A przynajmniej tak słyszałem. Mieszkańcy swój malutki kawałek terenu dumnie nazywają "Vertag", łatwo tam trafić, po prostu wyjdź z miasta i idź na północ.
Vergil wysłuchał gospodarza. Może był zdenerwowany nazwaniem Dakana cholernym ? Nie dał tego po sobie poznać. - Żegnam... - Powiedział po czym wyszedł z karczmy kierując się do bramy miasta.
Karczmarz, gdy się obróciłeś wyjął z kieszeni monety i zaczął się nimi bawić, sprawdzał ich prawdziwość. Na zewnątrz panował duży tłok, mimo tego dotarłeś do bram bez przeszkód.
Dalej
... do karczmy weszła dwudziestokilku-letnia kobieta, ubrana była w białą bawełanianą koszulę, z czerwoną nonszalancką apaszką, oraz luźne spodnie. Przy pasie swobodnie wisiała szpada. Po drugiej stronie, wciśnięty między pas, a udo spoczywał pistolet skałkowy.
Podeszła do lady, rozglądając się za karczmarzem, bądź jakimiś ogłoszeniami o pracę.
Dobrze pamiętała to miejsce, kiedyś tu pracowała. Miała nadzieję, że karczmarz będzie ten sam i będzie ją jeszcze pamiętał. W końcu parę lat minęło odkąd ostatni raz tu zawitała.
Za kontuarem stał dobrze ci znany, jak zwykle spocony i brudny, pulchny karczmarz Rantus. Na twój widok wykrzyknął od razu:
- Mirabelle, moja złota! Co cię tu sprowadza? Co się z tobą działo przez te wszystkie lata? Opowiadaj natychmiast! Przez ciebie mam mniej klientów niż dawniej! - zaśmiał się ze swojego "przedniego" dowcipu. - Może się czegoś napijesz? Na koszt firmy! - zapewnił.
- Nie, dzięki. Nie trzeba - powiedziała, sama dziwiąc się sobie. Z drugiej strony alkohol, nie był wskazany w jej stanie. Uśmiechnęła się do Rantusa - Dobrze Cię widzieć.
- Pracowałam tu i ówdzie, ale skończyłam z tym. Przynajmniej na jakiś czas. Szukam pracy, potrzebuję pieniędzy - zza pasa wyciągnęła pistolet, który położyła przed nim na ladzie - wiesz o kimś, kto chce ostatecznie rozwiązać swoje problemy? Na przykład z żoną, niewiernym mężem, kupcem-oszustem?
Mężczyzna spojrzał na ciebie zdziwiony, w końcu nieczęsto zdarza się, by była kurtyzana przychodziła do niego z pistoletem i pytała kogo zabić. Przez chwilę świdrował cię wzrokiem, po czym powiedział:
- W okolicy jest dekan, na którego warto zapolować... jeżeli takie zadanie cię interesuje. Jeśli chcesz coś prostszego... cóż, znajdzie się piątka ludzi, których mogłoby nie być... to byłoby lepsze dla mojego interesu... - przy końcu wypowiedzi zniżył głos do konspiracyjnego szeptu.
Na wzmiankę o dekanie ściągnęła brwi. Ale niemal natychmiast uśmiechnęła się do niego.
- Wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania - zabrała pistolet i schowała go za pas - Gdzie znajdę tego dekana?
- W lesie. - odparł tamten z uśmiechem. - Jak bym wiedział gdzie dokładnie i gdybym miał na tyle odwagi, by zagłębić się w las sam bym go zastrzelił. Idź w głąb lasu... on... sam cię znajdzie... I niech Ironist ma cię w swojej opiece. - jego głos był stale ściszony, dzięki czemu nie zwracaliście na siebie dużej uwagi gawiedzi. Jednak jeden z podpitych mężczyzn zdawał się cię rozpoznawać, gdyż podszedł do ciebie zataczając się.
- Bella! Mossze pójdziemy na górę... hypppoooorozmawiać, jak kiedyś. - uśmiechał się lubieżnie, a zapach alkoholu bijący od niego niemal zabijał.
Spojrzała na niego.
- Jasne, idź na górę, zaraz tam przyjdę. Tylko skończę rozmawiać z Rantusem... - powiedziała, i odwzajemniła jego uśmiech i pociągnęła palcem po jego policzku, delikatnie go odpychając. Miała tylko nadzieję, że mężczyzna będzie na tyle upity, by faktycznie pójść na górę; ona mogłaby wtedy bez żadnych komplikacji wyjść z karczmy.
Pijany mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha, po czym odszedł zataczając się. Gdy powoli wchodził po schodach śpiewał jakąś piosenkę, której słowa zrozumiałe były chyba tylko i wyłącznie dla niego samego. Karczmarz widząc tą sytuację parsknął tylko śmiechem.
Wzruszyła ramionami spoglądając z rozbawieniem na karczmarza. Spoważniała jednak szybko.
- Zrobię to, ale chcę zaliczkę. Połowa przed zakończeniem roboty i połowa po.
Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12