Latus

Full Version: Droga przez równiny
You're currently viewing a stripped down version of our content. View the full version with proper formatting.
Pages: 1 2 3 4 5 6
-Hmmm... naprawdę chcesz zostać członkiem tego bractwa? Jest tam taka zasada, że młodych chłopców pozbawiają męskości... Ja miałem szczęście, ponieważ jestem już starszy. -dalej rozglądałem się w około. Rozmowa nie miała najmniejszego sensu. Powiedziałem jakby do siebie:
-Cieszy cie to? Zaatakuj choćby i teraz...
Zrezygnowałem z dalszego wkręcania chłopaczka i ruszyłem dalej szlakiem do Midon. Szedłem na tyle szybko by dostać się do miasta w krótszym czasie.
Z oczu zniknęła ci grupa idąca przed tobą, za sobą ujrzałeś tego samego podróżnika co wcześniej, zbliżającego się powolnym krokiem. Kiedy tylko ruszyłeś w dalszą drogę, poczułeś w prawym boku ból, jakby kto przeszył cię gorącym żelastwem. Ujrzałeś wetknięty w swoje ciało sztylet, wbity przez młodego chłopca, z którym rozmawiałeś jeszcze przed chwilą. Z rany ciekły strumienie ciemnoczerwonej krwi. Chłopiec zostawił ostrze w twoim boku odsuwając się na kilka kroków. Miał błędny wzrok, nic nie mówił. Samotny mężczyzna był już niedaleko, usłyszałeś jego głos, ten sam, który wcześniej zatrzymał cię.
-Nigdy nie odwracaj się tyłem do kogokolwiek.


-10 PŻ
Uśmiechnąłem się paskudnie. Wybacz... -pomyślałem, po czym jednym ruchem prawej ręki wyjąłem miecz tnąc chłopaka po szyi, a lewicą wyciągnąłem sztylet z prawego boku. Chciałem spytać obojętnie wędrowca czego chce, ale doznałem dziwnego i zbawiennego uczucia. To była intuicja - dar, który każdy posiadał, lecz nie każdy umiał go rozpoznawać. Przypomniał mi się sen w karczmie w Midon. Tyle, że ten przeciwnik władał magią. Poczekałem chwilkę patrząc na niego w oczekiwaniu na jego przybliżenie się. Kiedy był w dostatecznej odległości zaatakowałem. Nisko na nogach, pochylony, atakując mieczem z góry, a sztyletem z lewej z dołu.
Wydało ci się, iż chłopak zrobił krok do przodu, jednak nie byłeś pewien. Zamiast zranić chłopaka z impetem odciąłeś mu głowę. Ciało runęło na ziemię szybko tworząc kałużę krwi. Kiedy twoja broń prawię już dosięgła celu w rękach nieznajomego nagle znikąd pojawiły się dwa miecze, sprawnie parujące twój atak. Mężczyzna cofnął się o kilka kroków.
-Jesteś żałosny, kompletny brak intuicji, zero inteligencji, zdolności też nikłe. Właśnie zabiłeś bezbronnego, niewinnego chłopaka, który nawet nie był dorosły. Nigdy nie widziałem kogoś, po kim wyraźniej byłoby widać, iż jest zahipnotyzowany, ale ty go i tak zabiłeś, no pewnie, czemu nie. Pomyślałeś choć przez chwilę o jego rodzinie? Co sobie pomyślą, kiedy chłopak nie wróci do domu? A ludzie opiewają Gareta Jaxa... Jeżeli pieśni mówią prawdę, człowiek ten dawno umarł, ty nie możesz się zwać nawet jego cieniem. Nie jesteś nawet wart mojej uwagi, bywaj, być może jeszcze kiedyś cię sprawdzę, kiedy dojrzejesz. - Po tych niezwykle wyniosłych słowach ubrany na czarno mężczyzna, z którego twarzy zapamiętałeś jedynie ironiczny uśmiech odszedł drogą w stronę Titanium. Odchodził powoli, ty jednak nie mogłeś nic zrobić. Nie mogłeś się ruszyć a tym bardziej biec za nim, nie mogłeś nic powiedzieć. Mogła to być spowodowane jego słowami, jak też hipnozą.
-To może byś poczekał na odpowiedź! -wrzasnąłem, gdy już urok opadł. Splunąłem. A co miałem zrobić? Jakiś zakichany mag mnie atakuje wraz z jakimś wyrostkiem. Młodego mógłbym obezwładnić, ale sądząc po ciosie w plecy mag nie był przyjazny. Odprułem kawałek ubrania. Owinąwszy starannie nim ranę ruszyłem dalej do Midon.
Mężczyzna zniknął z twoich oczu, nie mógł więc cię usłyszeć. Krzyknąłeś jednak, wiedząc to. Opatrzywszy swoje rany ruszyłeś dalej, szybko jednak opadając z sił. Potrzebowałeś odpoczynku. Ku twemu zdziwieniu, gdy się rozejrzałeś, ujrzałeś, iż była już noc.
Zbadałem ile jeszcze mnie dzieliło od murów miasta. Westchnąłem. Musiałem rozbić obóz. Zszedłem nieco na bok ze szlaku. Po drodze zbierałem gałązki i chrust na ognisko. Znalazłszy dobre miejsce na postój rozpaliłem ognisko z pomocą krzemieni i drewna zebranego po drodze. Owinąłem się płaszczem próbując zapaść w czujny sen.
Do miasta miałeś jeszcze jakiś dzień drogi, w połowie tej odległości ujrzałeś światło ogniska, domyślałeś się w nim obozu owej trójki widzianej wcześniej. Choć ognisko dawało ci kojące ciepło, głód nie pozwalał ci zasnąć.
Zjadłem resztę racji żywnościowych oraz dopiłem wodę w bukłaku. Pokrzepiony posiłkiem zadeptałem ognisko, po czym ruszyłem w stronę trójki chłopaków. W grupie raźniej...
//No pewnie, okaleczony będziesz lazł pół nocy żeby przespać noc ;]//

Rany nie pozwoliły ci dojść do grupy, zresztą dzieliła was przecież odległość, której przebycie zajęłoby ci około 6 godzin normalnym krokiem, gdyby nie ból. Po godzinie padłeś na ziemię wycieńczony i zmorzył cię sen. Obudziłeś się po świcie, ból był już mniejszy, jednak wciąż wiele brakowało ci do pełni sił. Było ci zimno, jednak potrafiłeś to przetrzymać. Do Midon miałeś jeszcze spory kawałek, spodziewałeś się jednak być tam przed nocą.

+10 PŻ
Hmm... fajnie... Lekko otrzepałem się wstając. Rozejrzałem się badając pogodę i otoczenie. Z nieco dziwnym wyrazem twarzy ruszyłem do Midon. Po drodze przy okazji zbierałem drewno.
Pogoda była znośna - słońce nie przykrzyło ci się, gdyż raz za razem kryło się za chmurami. W oddali dojrzałeś stado dzikich koni galopujących przez równiny, oraz krążące po niebie orły, sępy i inne ptactwo. Na pustych krajobrazach równin trudno jest znaleźć drewno, ty jednak miałeś szczęście, ponieważ ujrzałeś nieopodal nagie drzewo, które wyglądało jak po suszy.
Podszedłem do drzewa i zbadałem je dokładnie. Już miałem dość niespodzianek na dziś. Kiedy nie spostrzeże nic podejrzanego zerwę tylko najbardziej uschnięte gałęzie i zbiorę te będące już na ziemi. Kiedy jednak coś mnie w tym drzewie zaniepokoi, odsunę się od niego ostrożnie będąc gotowym do ataku.
Drzewo wyglądało jak zwykłe, suche, nagie drzewo. Nie zaniepokoiło cię w nim kompletnie nic, bo chwili nabrałeś pewności, iż to nie pułapka. Drewna było pod dostatkiem, zebrałeś więc ile chciałeś.
Zebrawszy drewno schowałem je do torby, po czym ruszyłem w stronę miasta. Miałem nadzieję, że nic nie zakłóci spokoju dnia. Nadal rozglądałem się badając otoczenie i pogodę.
Pages: 1 2 3 4 5 6
Reference URL's