-Ah, mogłem się myśleć. Pozwól, że wezmę Cie jako towarzysza dobra?- Czekając na odpowiedź odebrałem od Gareta monety i powiedziałem:
-Widzę, że chciwość w Tobie nie zaistniała. Zaczynam doceniać to, że mam właśnie takiego kompana jak Ty. -
-Jeżeli o to chodzi, potowarzyszę ci aż do ruin, lotosie. - odrzekł koń.
-Gdybym nie wydał tyle złota to bym i resztę oddał... -wzruszyłem ramionami. Poklepałem lekko konia po chrapach. Ostrożnie i zwinnie dosiadłem konia, po czym ruszyłem za Khazem.
Widząc, że kompani się oddalają też z największą delikatnością wsiadłem na konia i powiedziałem do niego:
-No to prowadź do ruin.- Dobrze, że spotkaliśmy te koniki bo inaczej podróż byłaby bardzo wyczerpująca.
Po kilkugodzinnej podróży z jednym postojem na popas dotarliście do obrzeży ruin.
Dalej
Garet Jax
Krajobraz był monotonny jak okiem sięgnąć - wszystko wydawało ci się równocześnie znajome i obce, każdy samotny kamień i drzewo dawały ci swoiste poczucie deja vu. Przed sobą wciąż widziałeś tą samą grupę co wcześniej. Jednak ilość ludzi idących szlakiem dziwnie zmniejszyła się, poza tą grupą widziałeś jeszcze tylko samotnego wędrowca daleko w tyle.
Szedłem dalej drogą. Teraz jednak próbowałem się przybliżyć do grupy przede mną by podsłuchać o czym mówią albo by zbadać ich wzrokiem. Miałem przygotowany miecz na ewentualną walkę. Miałem dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje nieprzyjaznym wzrokiem. Tak jakby ptaki na niebie szykowały się by spaść na mnie i na kupców. Możliwe, że jacyś dekani zaplanowali sobie zasadzkę na mnie za jedną ich wioskę. Albo może to byli bandyci. Możliwe też, że mnie jednak ściga ta straż z Titanium. Spojrzałem na niebo badając pogodę. Wydawało mi się, że grzmi... -pomyślałem. Spojrzałem też za siebie nie zmieniając tempa marszu.
Przyglądając się grupce osób przed tobą dostrzegłeś tylko kilku młodych chłopaków, którzy rozmawiali o dziewczynie imieniem Cesslin. Z rozmowy wywnioskowałeś, że jest ona jedyną pięknością w ich rodzinnych stronach. Za tobą w oddali szedł jakiś wędrowiec, ale z tej odległości nie mogłeś mu się zbytnio przyjrzeć. Słońce co chwila opromieniało cie to znów chowało się w chmurach. Idąc cały czas drogą twoja niepewność wciąż narastała, a wrażenie, że coś się zaraz powinno wydarzyć ogarniało cię coraz bardziej.
- Coś taki niespokojny, bohaterze - usłyszałeś kpiący głos za swoimi plecami. Wcześniej przysiągłbyś, że nikogo za tobą nie było.
Niezbyt zaskoczony wzruszyłem ramionami mówiąc ironicznym tonem:
-Wszyscy jesteśmy bohatery. Nieważne czy dobrzy czy źli ważne, że jesteśmy...
Przywołałem na twarzy krzywy uśmiech. Kiedy usłyszałem chłopaków z przodu, pomyślałem: Skąd ja to znam... Na chwilkę zatrzymałem się by zaczerpnąć wody z bukłaka, a także po to, by wyprzedził mnie wędrowiec z tyłu.
Wędrowiec prawdopodobnie również się zatrzymał, gdyż nie wyprzedzał cię. Widziałeś jedynie jego posturę kątem oka, lecz było to za mało by cokolwiek o nim powiedzieć.
- Tak, jesteśmy. Tylko jak długo? Każdy musi kiedyś umrzeć. Czy jesteś na to gotowy? - szydził sobie z ciebie przybysz.
Świetnie! Znowu zaczynam świrować... A ty tam, w mojej głowie, jak chcesz to sobie zobacz moje niewyszukane i bezbożne życie, bo myślę, że to też potrafisz. I jeśli chodzi o śmierć, to zawsze jestem gotowy. A w ogóle jak ci na imię nieznajomy? -pomyślałem. Mniej więcej wiedziałem gdzie jest mój rozmówca, jednak rozglądałem się po obrzeżach drogi by nie być zaskoczony. Podniosłem z ziemi kamyk, który w udawanym zamyśleniu począłem obracać między palcami. Kątem oka obserwowałem wędrowca.
Powiększając swoje pole widzenia zauważyłeś, że ten wędrowiec to wyrośnięty chłopak, zaledwie kilkunastoletni. Przyglądał ci się bacznie jakby dopiero teraz cie zauważył. Dostrzegłeś błysk podziwu w oczach chłopaka.
- Czy jest pan rycerzem? - zapytał dziecinnym głosem zupełnie nie podobnym do tego, który słyszałeś poprzednio.
Spojrzałem na niego tępo. Co? Rycerzem? Zacząłem się śmiać. Szczerze. I głośno. Ja rycerzem? No nie... Do czego to doszło... Że dzieci mylą ludzi wyglądających jak... no, nie wyglądających. Otrząsłem się i nieco rozluźniony powiedziałem:
-Rycerz by nie wyglądał jak jakiś dziad proszalny. I by miał błyszczącą zbroję oraz zaraz by ciebie zaczepiał tekstami typu: "czy już walczyłeś" i "jakiś ty dzielny, że tędy przechodzisz"... A ja sem sobie skromnym mieczomachaczem oraz drogochadaczem. Jak ci na imię? Chce wiedzieć kto mnie w końcu zdołał rozbawić...
Chłopak się trochę wystraszył gdy zacząłeś się śmiać, ale po twych słowach jego usta rozszerzyły się w radosnym uśmiechu.
- Nazywam się Tolred, proszę pana. A czy ja też mógłbym zostać mieczomachaczem? - powiedział głupkowato chłopak. - Czy to jakieś bractwo? Co muszę zrobić by mnie przyjęli? Jestem bardzo silny jak na swój wiek.
Rozgadał się młodzieniec i z dumą wypiął swoją wątłą pierś.
Plasnąłem otwartą ręką w czoło. Zastanowiłem się przez chwilę. Jest zabawny, prawda,ale łatwo mógłby wlecieć mi pod miecz z tą swoją ynteligencją... Postanowiłem trochę się zabawić.
-Oczywiście, że tak! Potrzebujemy młodych i zdolnych ludzi. -powiedziałem poważnym głosem z myślą kołatającą się po głowie "Słyszysz to?" kierowaną do nieznajomego.
-To bractwo ludzi machających kawałkiem stali oraz szyjących garsonki. To bardzo odpowiedzialne zajęcie. W tym fachu trzeba wykazać nie tylko siłę i wytrzymałość, ale także zwinność palców. Nasz zarząd jest w Midon. By zostać jednym z nas trzeba być prawdziwym mężczyzną.
//Garet, wiesz, że nikt Ci nie czyta w myślach? Przynajmniej ja tego w tej historii nie widzę, tak gwoli ścisłości ;p//
Chłopaczek był zachwycony, zupełnie nie zauważał ironii.
-A pan teraz podróżuje do Midon? Może mógłbym wybrać się z panem? Nauczyłbym się mieczomachania troszkę, może nawet poleciłby mnie pan bractwu! Już nie mogę się doczekać tego szycia, tych... tych... garsonek!
Dokoła panował spokój i dziwna cisza.