Latus

Full Version: Droga przez Lidar
You're currently viewing a stripped down version of our content. View the full version with proper formatting.
Pages: 1 2
Odcinek Głównego Szlaku biegnący przez las Lidar jest nieco węższy i bardziej kręty od pozostałych części. Drzewa po obu stronach drogi nie są zbyt gęste, jednak nie można zbyt daleko sięgnąć wzrokiem. Szlak za dnia jest dobrze oświetlony, korony drzew tylko gdzieniegdzie rzucają przyjemny cień. Ze względu na odpowiednią temperaturę i wilgotność powietrza droga przez las Lidar należy do bardzo przyjemnych. W nocy natomiast, jest to podróż niezwykle niebezpieczna...
Vlaed

Gdy dotarłeś do lasu, słońce było już nisko. Wiedziałeś, że musisz przez niego przejść jak najszybciej, jeśli chcesz uniknąć niebezpieczeństw.
W tym lesie czułem się dość dobrze, ale mimo to wiedząc, że muszę jak najszybciej wyjść chociaż na drugi brzeg lasu postanowiłem biec z całych sił. Z nasuniętym na głowę kapturem starałem się bezszelestnie mijąć kolejne drzewa i krzewy pnące się w gąszczu. Myśli miałem skupione lecz nie na zadaniu, a tym by w razie niebezpieczeństwa podjąć najlepszą możliwą decyzję. Jednak czasami do głowy wkradały mi się wyobrażenia związane z Dealv, które tylko uprzyjemniały podróż.
//zbok -.-//

Byłeś mniej więcej w połowie drogi przez las, kiedy słońce ostatecznie zaszło. Teraz nie mogłeś już biec, a przynajmniej nie miał byś pewności, iż nie zrobisz sobie w ten sposób krzywdy. Pod koronami drzew panowała ciemność.

Garet Jax

Droga nie była szczególnie opustoszała, co chwilę mijał cię jakiś podróżnik, przed sobą w dość dużej odległości widziałeś trzyosobową grupę, za tobą także ktoś szedł. Było ciepło, cień lasu dawał jednak przyjemny chłód. Wiatr prawie nie wiał. Idealna pogoda na podróż.
Szedłem dalej drogą nasłuchując i ostrożnie stąpając. Rękę miałem spiętą, gotową do wyciągnięcia broni. Jednocześnie rozglądałem się wokoło napawając się widokiem lasu i zapachem drzew.
Las zachęcał do zboczenia z kamienistej ścieżki i wstąpienia w jego jasnozielone i brązowe gęstwiny. W oddali słychać było odgłosy wydawane przez różnorodne ptactwo, raz drogę przebiegł ci lis, zauważywszy cię jednak przyspieszył by zniknąć zaraz w głębi lasu. Z ludzi nie zaczepił cię nikt.
Szedłem dalej drogą za innymi. Bez postoju, bez zmartwień. Szedłem. Automatycznie stawiałem krok na ubitej przez karawany ziemi, by za chwilkę sprężyście się od niej odbić stawiając następny krok. Szedłem, tak i szedłem. Przez chwilkę oceniałem kierunek, w którym powinienem podążać, po czym ruszyłem w stronę Midon.
Jako że trzymałeś się cały czas wydeptanej ścieżki bez problemów wyszedłeś z lasu zmierzając teraz równinną drogą.

Dalej

Vergil

W końcu zgubiłeś pościg. Ścieżka wiodąca przez las nie była dziś nadmiernie używana, toteż nieczęsto widywałeś jakiegoś człekokształtnego. Kilka razy usłyszałeś gdzieś nieopodal zwierzę, w którym w pierwszej chwili dopatrywałeś się pościgu, jednak szybko ganiłeś tę myśl.
Vergil szedł już drogą myśląc nad swoim błędem. - Wszystko by wyszło gdyby mnie nie pociągnęło na litość ! - Niemal wrzeszczał teraz sam do siebie. Postanowił że już nigdy nie odnajdzie w sobie tego uczucia po czym jęknął. Strzała utkwiła w boku. Starym sprawdzonym sposobem odciął mieczem kawałek płachty ( tą część która wyglądała najczyściej ) i złamał strzałę. Potem postara się ją wyciągnąć i zrobić prowizoryczny opatrunek z peleryny ( kawałka ).
Kiedy wyciągnąłeś strzałę wrzasnąłeś ponownie, tym razem z bólu. Wyciąganie strzał z ciała nigdy nie należało do najprzyjemniejszych czynności. Na twoje szczęście nie uszkodziłeś sobie nic istotnego, poszerzyłeś jedynie jeszcze ranę. Opatrunek zatamował krwawienie.

-5PŻ
Dekan wrzasnął podczas wyciągania strzały. Bolało. To cena za litość. Vergil chętnie by teraz wypruł flaki tamtemu sprzedawcy koni, ale nie miał jak bo on już nie żył. Wstał i spróbował iść dalej, byle trzymać się szlaku.
Po niedługim marszu napotkałeś mężczyznę, który na widok twego opatrunku zapytał:
- Witaj, jestem wędrownym lekarzem, z chęcią zatamuję twą ranę jeśli potrzebujesz pomocy. Nie wezmę za to ani grosza. Co ty na to? - jego głos był ciepły i przyjemny, wydawał się naprawdę dobrą istotą.
Vergil popatrzył na niego. Tym razem nie miał zamiaru pójść na łatwiznę, ale jeśli koleś sam to zaproponował. - Czemuż by nie.. - Powiedział po czym zastosował się do poleceń lekarza ( o ile jakieś były ).
Mężczyzna podszedł do ciebie i ostrożnie zdjął twój prowizoryczny opatrunek, po czym przyłożył dłonie do twego boku. Chwilę później poczułeś w tym miejscu mrowienie, jednak skóra zamiast goić się, poczęła szarzeć. Kleryk odskoczył szybko w tył wołając:
- Dekan! Mamy dekana!
Zza zakrętu wyłoniła się grupka wojowników biegnących w twoją stronę. Jeden z nich zatrzymał się i napiął cięciwę łuku...
Vergil gdy tylko poczuł że rana zaczyna się otwierać zerwał się i walnął lekarza pięścią w twarz. Dekan wstał pośpiesznie i wyciągając miecz starał się pchnąć mu w brzuch po czym uciec w las, gdzie drzewa ochroniłyby go przed strzałami. Zamierzał biec na oślep chowając się za drzewami.
Pages: 1 2
Reference URL's